Zwierz też…

Weszliśmy w niebezpieczną fazę antropocentryzmu, w której wydaje nam się, że wszystko wolno. Jaki jest bezmiar cierpienia, które jest udziałem zwierząt hodowlanych i używanych do badań naukowych? Niby sprawa jest prosta, co wolno, a co nie. Wymierzony psu lub kotu klaps jest dopuszczalny, ale kopniak już nie. Oddanie do schroniska jest ok, ale wyrzucenie na ulicę, to już nikczemność. W cywilizowanym świecie, ustawy przewidują karę za zadawanie niepotrzebnego bólu zwierzętom, ale ma się na myśli najczęściej zwierzęta domowe.

Jeśli chodzi np. o króliki poddawane substancją chemicznym lub małpy, gdy przykręca się im głowy, w stabilizatorach śrubami do czaszki, robi „na żywca” trepanacje, by wstrzykiwać bezpośrednio substancje toksyczne do mózgu. Poddaje się gęsi tuczeniu wątroby lub przeszczepia się całe partie ciała, z jednego organizmu do drugiego. Czy to jest legalne? No tak. Czy to jest etyczne? No właśnie…

Można stwierdzić, że cierpienie jednych kosztem drugich jest konieczne, byśmy byli zdrowi, mieli co jeść, a także żeby wygodniej nam się żyło. Czy to dostateczne usprawiedliwienie tego, co wyrządzamy, istotom innego gatunku? Może jednak eksperymenty na ludziach i dla ludzi dałyby coś więcej, niż się zdaje (tak jak robiono to w ośrodkach doświadczalnych np. w czasie wojny). Dajmy na to przykład odwrotny. Fantazja z pogranicza s-f. Załóżmy, że istnieje gdzieś tzw. świat równoległy, rządzący się zupełnie innymi prawami. I w tym świecie dominują np. mięsożerne, antropo-podobne  zające, które uważają gatunek ludzki za pożywienie, lub przerabiają pozyskane części jako trofea lub ozdoby.  Już na samą myśl, wyobrażenie o tym, jak istoty ludzkie są uśmiercane, wiszą na hakach w rzeźni, i są odsączane z krwi, a ich mięso jest dzielone na kategorie do spożycia, budzi oburzenie. No właśnie…

„Z reguły tzw. religijni filozofowie, odeszli od charakterystycznej dla filozofii, natury równorzędności istot żyjących. Zastąpili ją usankcjonowaną hierarchią, za sprawą łaski, umieszczając człowieka na szczycie łańcucha pokarmowego. Skłaniali się do myśli o panowaniu nad zwierzętami, ale o sznyclach, czy ozorkach nie było w źródłach mowy”. [Iris Radisch, Die Zeit (redaktorka zbioru eseju o zwierzętach)]

Szowinizm gatunkowy zakłada, że już sama przynależność do homo-sapiens, uprawnia nas do stanowienia wyższości naszego gatunku przed innymi. Że istnieją etycznie istotne różnice między istotami ludzkimi i innymi zwierzętami, które upoważniają nas do przedkładania ludzkich interesów przed innymi. Skrajnym przykładem może być samoobrona przed drapieżnikiem (najczęściej w „dzikich” krajach) lub kulturowo uwarunkowane zdobycie „pożywienia”. Uogólniając, jesteśmy najbardziej brutalną istotą w ekosystemie. Polowanie może być usprawiedliwione, jeśli to nie stanowi pseudo rozrywki.

Zarzut, że odrzucenie szowinizmu gatunkowego oznaczać by musiało, że życie muchy lub bakterii, mamy cenić tak samo jak życie człowieka, sprowadza się do tego, że nie ma innego wyboru, jak traktowanie w pełni równolegle wszelkiego stworzenia. Czy to nie absurd? Jednak równe, nie jest jednoznaczne z jednakowym. Ciekawostką z antropologii jest to, że jeśli bylibyśmy „od zawsze” nauczeni jedzenia mięsa, to nasz układ zębowy byłby zupełnie inaczej zbudowany. Dodatkowo, jeżeli jedlibyśmy stale mięso, to skończyłoby się podobnie jak w zamierzchłych czasach: Ktoś, kto dożywał 40tki (cudem 50tki lub 60tki, był fenomenem= starcem), był już na skraju wyczerpania. Umierano z powodu, np: nadciśnienia, zatorów, cholesterolu, zawałów, udarów, niewydolności rożnego typu, dny moczanowej, zwyrodnienia stawów, itp. itd. Dieta opierała się zazwyczaj na pokarmach pochodzenia zwierzęcego.

Mając odrobinę wolnej woli i przede wszystkim świadomości, można zredukować przyzwyczajenia żywieniowe. Na czyją stronę przechylić szalę? Czy to my bardziej będziemy cierpieć z powodu niezaspokojenia smaku, apetytu? Czy też zwierzak żyjący w metalowym ogrodzeniu, na betonowej podłodze? Wykastrowany, bez zębów, które usunięto bez znieczulenia, kończący nędzny żywot po ciosie kołkiem w głowę?

Hodowla zwierząt jest pełna przemocy. Nawet na ekologicznych farmach, patrzy się na zwierzęta przez pryzmat opłacalności. Na tych wielkich, gdzie zwierzęta cierpią najbardziej, dochodzi oprócz warunków życia, skrajne okrucieństwo. Tymczasem konsument jest przekonany, że zwierzęta wiodą beztroski żywot. Rysunki i grafiki na opakowaniach wędlin, czy piękne reklamy, oddają może realia XIX-wiecznej wsi, ale z pewnością nie zindustrializowanego przemysłu śmierci…

Sugerowałem się przemyśleniami w oparciu o własne doświadczenia, teksty z prasy, a także książką: „W obronie zwierząt”, Peter Singer, we współpracy: Jan Głowiczower.

© 2019 Adam Kucz. Wszystkie prawa zastrzeżone.