Blog

05 Wrz 2018

Sen

Fascynacja zagadnieniem snu pod względem fizjologicznym, jak i znaczeniem marzeń sennych trwa od wieków. Jest to obszar nadal nie do końca w pełni zbadany. Nad snem zastanawiają się bez ustanku filozofowie, fizjologowie, psychiatrzy, neurobiologowie i chronobiologowie oraz niezliczone, pokrewne gałęzie nauki i pseudonauki. Do teraz doszukujemy się w snach jakiegoś przesłania, wiadomości, proroctwa, traktujemy wizję senną jako wyrocznie lub tajne sygnały wysyłane przez podświadomość.

Przesunięcie snu na samą górę hierarchii wartości to działanie do wdrożenia natychmiast! W obecnych czasach, w tej dziwnej gonitwie, sen zaczął być powoli dobrem luksusowym, co powinno dawać do myślenia i zatrważać. Dobrze się wyspać to już prawdziwa sztuka. Trzeba zdać sobie w końcu sprawę z tego, jak ważną rolę dla organizmu odgrywa sen.  Zaniedbywanie snu i ignorowanie swojego chronotypu prowadzi do rozdrażnienia, zaburzeń nastroju, przyczynia się do lęków i depresji, chorób układu krążenia, zaburzeń metabolicznych oraz wpływa na koncentrację i zapamiętywanie. Najwięcej nieszczęśliwych wypadków jest spowodowane przez brak higieny snu lub tzw. mikro sny.

Sen jako stan fizjologiczny, można określić mianem czasowej utraty przytomności lub nawet porównać do „umierania na chwile” albo tzw. śmierci pozornej, tak jak zmarły nie jest świadomy swojej śmierci, tak śpiący nie jest świadomy tego, ze akurat śpi (świadomość – zdolność odczuwania stanów). Pomijając patologię snu, jaką jest np. śpiączka, katalepsja, letarg lub narkolepsja (nie kojarzyć terminu z używkami), sen ma największy wpływ na efektywną pamięć, przetwarzanie i regenerację wspomnień, prawidłową regulację gospodarki hormonalnej i przywraca homeostazę całego organizmu. Zgodne jest twierdzenie, że wyspani są szczęśliwsi, pełni wigoru i optymizmu pod każdym względem.

Z wiekiem, w organizmie spada poziom melatoniny zwanej hormonem snu i pojawia się szereg niedogodności z tym związanych. Najczęściej dotyczy to osób, które ze względu na przyzwyczajenia lub wymogi systemu społecznego, wygenerowane przez lata: budzenie się, wstawanie i zasypianie wbrew swojemu chronotypowi. Zegara biologicznego nie da się oszukać, tak samo jak pozostałych czynności fizjologicznych. Owszem, da się pewne kwestie biologiczne wyregulować i stają się potem nawykami, ale czy np. głód, pragnienie, wydalanie, można wyregulować na podstawie rytmu godzinowego? No nie, je się wtedy kiedy się jest głodnym, pragnienie zaspokaja się wtedy, kiedy chce się pić, wydala się wtedy, kiedy jest potrzeba, a nie o określonej godzinie, i tak samo powinno być ze snem. Śpi się tak, jak organizm tego potrzebuje. Jeśli ktoś czuję się w pełni energicznie np. o świcie, ale przysypia już pod wieczór, inny budzi się koło południa i zasypia późną nocą, chwała mu za to, bo kieruje się swoją potrzebą, a nie dziwnym wymuszeniem. Doby nie da się ścisnąć imadłem lub rozciągnąć jak gumę, każdy ma swoje indywidualne potrzeby snu i aktywności. Dla jednych pełnia energii występuje o świcie, dla drugich nocą. Jeden potrzebuje zaledwie 6 godzin snu, inny 10 godzin, żeby sprawnie funkcjonować, z tym, że dużo ludzi też oszukuje samych siebie, w imię pokręconych idei. Wszelkie różnice w długości snu trzeba po prostu zaakceptować. Trzeba się budzić w dobrym humorze, a nie w poczuciu przygnębienia.

Eksperymenty dotyczące snu przeprowadzano np. w rosyjskich psychuszkach, kiedy to obiekt badany poddawano najliczniejszym torturom fizjologicznym i psychicznym. Okazało się, że brak snu był najbardziej nie do zniesienia. Do dzisiaj przesłuchiwanym funduje się taką torturę.  Elitarne jednostki wojskowe szkoli się do jak największej aktywności bojowej przy zminimalizowaniu snu, a także uczy się technik zasypiania w ciągu 2 minut i natychmiastowego przebudzenia. Wpływanie na sen modyfikuje się także farmaceutycznie, przeciągając aktywność w ciągu doby do maksimum przy użyciu stymulantów takich jak np. modafinil, który działa podobnie do amfetaminy i pochodnych efedryn, ale nie wywołuje uzależnienia i skutków ubocznych. Bada się tez skutki długości snu oraz nagłych przebudzeń w najgłębszej fazie REM i porównuje się odczyty zapisów EEG. Istnieją też ćwiczenia na tzw. sen świadomy, kwestionowane jednak przez wielu naukowców.

Obecnie, przy rozwoju technologicznym, sami przyczyniamy się do złej jakości snu. Wszelkie urządzenia i dostępne gadżety emitują tzw. „światło niebieskie”, siedzimy wręcz przyklejeni do tych zabawek, nawet w łóżku, i szkodzimy sobie sami, wręcz uzależniając się od tych wynalazków. Często nie jesteśmy świadomi jak bardzo nam to szkodzi. Wszelkie systemy, poradniki, inteligentne poduszki, maski przyciemniające, najróżniejsze porady, gogle nasenne, a tym bardziej teorie, które mówią o tym , że przez sen za pomocą jakiegoś urządzenia można coś tam przyswoić, co jest kompletną bzdurą (mózg w czasie snu nie przyswaja informacji z zewnątrz). Jedynym sposobem na dobry, zdrowy, niezakłócony sen, jest słuchanie swojego zegara biologicznego.

Podczas snu podnosi się kurtyna w teatrze naszych umysłów. W sztuce tej, występujemy w roli aktorów albo widowni, często też z obu stron na raz, odgrywamy i obserwujemy. Przeżywamy fantazje, emocje, marzenia. Niezliczone, przypadkowe fantasmagorie. Śniąc, żyjemy na chwile w subiektywnym, wewnętrznym świecie, niepodporządkowanym rozumowi i realizmowi z pokręconą logiką. Sny inspirują, dają rozwiązanie pewnych problemów, koją ból rzeczywistości. Nawet niewidomi śnią, ale w bardziej złożony sposób przetwarzania snu na inne zmysły. Sny i fantazje mogą być nad wyraz piękne lub przybierają postać psychodelicznych lęków i fantasmagorii tak pokręconych, że musiałoby się zebrać konsylium psychiatryczne by je wyjaśnić.

Z.Freud twierdził, że: „Sen urzeczywistnia nieświadome pragnienia czy żądze, które wypiera się na jawie”.  Autor obrazu, H.Füssli  pt. „Nocna mara”, twierdził: „jednym z najmniej wykorzystywanych tematów przez sztukę jest sen”. Niesamowitym zobrazowaniem tematu snu jest film pt. „Incepcja”. Mało kto wie, a może tego nie doświadczył na sobie, że jeśli śni nam się nagłe spadanie lub faktycznie obracamy się na skraj łóżka, to momentalnie się obudzimy. Podobno psychopatom się nic nie śni. David Lynch w jednym ze swoich filmów ujął też bardzo poetycko krótkie zdanie: „Żyjemy wewnątrz snu” („We live inside a dream”).

Humorystycznie o śnie:

„… proszę panią, o tej godzinie to mi nawet w obozie koncentracyjnym nie kazali wstawać…”

„Czasami ciężko mi pojąć ludzi, którzy dzielą pory dnia na śniadanie, obiad i kolacje. Ja nie mam z tym problemu, gdyż wstaje od razu na kolację”.

Poetycko o śnie:

„…ci, co śnią za dnia, dowiadują się o wielu rzeczach niedostępnych dla tych, co śnią tylko nocą…”

Tak czy siak, temat snu można podsumować podpatrując naturę i naszych domowników posiadających futro lub sierść i zasnąć spokojnym… psem 😉

 

Korzystałem z książki: Tajniki ludzkiego umysłu. wyd. Readers Digest, 1997

 

09 Sie 2018

Krótko o pisaniu

Pierwsze słowo, pierwsze zdanie, pierwszy akapit, który pociągnie za sobą resztę liter. Zapisywać swoją mowę, zrzucać swobodnie myśli na papier lub ekran komputera, to wcale nie jest taka łatwa sprawa. Najgorzej jest zacząć, ale potem myśl goni myśl, słowo goni słowo i rozpoczyna się lawina słowotwórstwa. W takim momencie trzeba „myśleć o pisaniu i pisać o myśleniu”, inaczej nic z tego pisania nie będzie.

Ogólnie rzecz biorąc, lepiej jest pisać niż mówić konkrety. Słowo pisane częściej i dobitniej trafia do odbiorcy, niż mówione, a to dlatego, że treść graficzną zazwyczaj łatwiej przeanalizować. Przekaz rozmowy zakłóca mnóstwo czynników zewnętrznych. Prościej jest przemyśleć słowo, zdanie. Zastanowić się nad kolejnym dotknięciem pióra czy przycisku klawiatury. Generalnie, żeby przedstawić wartościową treść, należy kochać słowa i odważyć się je przekazać, bez podtekstów czy domysłów. Oczywiście co innego jest wyrażać się wprost, a co innego użyć fajnej riposty czy dwuznaczności w nucie ironii i humoru.

Z pisarzami bywa tak, że zasiadają za biurkiem nadęci jak balon, przekonani o swojej wzniosłości słownych popisów i widzą już na starcie w sobie ponadczasowego wieszcza, literata lub filozofa. Wiadomo, że wiele dziedzin tworzenia jest podszyte w jakimś stopniu egoizmem, bo to jest składowa napędu twórczego, ale w pewnych momentach, okolicznościach to już jest grafomania. Bywa też tak, że potencjalny pisarz jest świadomy własnego doświadczenia i talentu jako źródła, by z niego zaczerpnąć, ale nic z tym nie robi lub udaje, że robi. Przeżywając męki twórcze, przeinwestowany napojami procentowymi, użala się nad sobą, że nikt go nie czyta. Jak ma ktoś czytać jego twórczość skoro nie bierze się do roboty?

Pisanie to uwodzenie, samo-szkolenie intelektualne, to przeżycia wewnętrzne, stany psychiczne, uczuciowe, doznania, refleksje, poglądy. Trzeba czasem o czymś pisać, by nie zostało zapomniane. Ale niech to będzie przedstawione wartościowo. Czy to powieść, esej, rozprawa, monografia, biografia. Musi oddziaływać estetycznie i artystycznie.

W dobie zalewu komercji literackiej czy prasowej, nad którymi i tak przeważnie pracuje sztab ludzi i tzw. „ghost write’rzy” , cieszę się, że nie aspiruję do rangi pisarza a jedynie swoje mini artykuły tworzę, które opieram na tym co zobaczę, nad czym myślę lub w danej chwili zastanawiam się i to czasami warto opisać.

Każdy pisarz/twórca wie, i profesjonaliści też to powtarzają jak mantrę:

„Najlepiej tworzy się w nocy!”

 

 

21 Cze 2018

Literatura

Fascynacja książkami i w ogóle czytaniem pojawiła się we mnie nagle jak erupcja uśpionego wulkanu. Nigdy wcześniej nie sądziłem, że będę przywiązywał do książek tak ogromną wagę. Stało się to dzięki poznaniu wielu wybitnych intelektualnie ludzi, którzy wywarli na mnie ogromne wrażenie i to sprawiło, że zainteresowałem się literaturą. Kiedyś nie potrafiłem się zmusić aby przeczytać choć kilka stron. Wynikało to z tego, że miałem ogromny opór przed systemem szkolnym i bardzo łatwo zniechęcałem się do czytadeł mdłych, rozwlekłych, mętnych, z narzuconą, gotową interpretacją przez panią polonistkę. Nie umiałem zainteresować się czymś, co było tak fascynujące jak taśmociąg z węglem. Przełom nastąpił gdy przekonałem się o tym, że czytanie jest taką samą pożywką dla umysłu jak ćwiczenia fizyczne dla ciała. Był okres, że pochłaniałem prawie każdy gatunek literacki, byłem nienasycony, łapczywy a im więcej czytałem tym miałem większy głód. Księgarnie wyzwalały we mnie adrenalinę. Dostrzegłem, że czytanie niesamowicie może odmienić wewnętrznie i są z tego tylko korzyści.

Znałem wielu gawędziarzy, z którymi nie szło się potem porozumieć. Wchodząc na inny poziom świadomości i wartości wewnętrznych spojrzałem na siebie „kiedyś” i na siebie „teraz”. Ze wstydem uświadomiłem sobie, że też byłem takim typem gawędziarza, który nie słucha, nie traktuje rozmowy jako dialogu, nie zagłębia się w myśli, trajkocze monologi i pseudo-wykłady życiowe i jest sobą zafascynowany, a na jego półce znajdowały się dwie książki: telefoniczna i kucharska.

Książka to nie tylko wolumin zawierający połączone ze sobą arkusze zadrukowanego papieru. Książka to moc, która przemawia do wyobraźni, kreuje umysł, dostarcza kontrastu, daje przyjemność poznawania, nadaje życiu większego znaczenia. Wyswobadza poza schematy społeczne, otwiera oczy, zmienia wartości. Doświadczony czytelnik nie da się zwieść i trafne są stwierdzenia np: „Wiedza to wróg wiary” lub „Im mniej człowiek wie, tym łatwiej mu żyć. Wiedza daje wolność ale unieszczęśliwia”, „Otwórz książkę, a książka otworzy ciebie”.

Książki to także piękne przedmioty, dotyk, zapach i kolekcja na regałach nadaje wnętrzu specyficzny klimat. Są jak przyjaciele, zawsze można na nie liczyć i są pod ręką gdy się ich potrzebuje. Zawartość i odpowiednie wyeksponowanie swojej biblioteki dużo mówi o właścicielu, opowiada w jakimś sensie historię człowieka, który daną książkę przeczytał, która nim zawładnęła, a także jego wyobraźnią.

Literatura jest bezcennym uzależnieniem i daje schron przed szaleństwem otoczenia. Nie wyobrażam sobie już życia z zamkniętymi oczami, które otworzyły mi książki. Nie umiem żyć bez książek, to jak ja mogłem żyć kiedyś?

„Z gustami literackimi jest jak z miłością, zdumiewa nas to co wybierają inni.”

30 Kwi 2018

Muzyka

Od zawsze arcyważnym elementem mojego życia jest muzyka. Nie wyobrażam sobie egzystencji bez muzyki, nie być wrażliwym na dźwięki, to tak jak być ślepym na kolory. Z definicji, muzyka to: dziedzina sztuki, której tworzywem artystycznym są dźwięki zorganizowane w kompozycyjną całość. Centrum tonalne we wzajemnym związku i brzmieniu akordów wszystkich dwunastu oktaw. Ale to tylko definicja, należy się skupić  nad głębszymi aspektami: zmysłowymi, uczuciowymi, intelektualnymi.

Od technicznej strony było kiedyś tak: magnetofony szpulowe z mikrofonem przyłożonym do radia i zdanie: „cicho bo teraz nagrywam”. Winylowe płyty z trzeszczącą iglicą, nagrywanie z radia na kasetę lub kopiowanie z kasety na kasetę. Pierwszy walkman, pierwsza wieża stereo zakupiona w pewexie za oszczędności, dwukasetowa musiała być, z funkcją przegrywania. Radiomagnetofon samochodowy, discman. Płyty CD wtedy to było burżujstwo, a teraz mamy mp3 i mp4 oraz powrót płyt winylowych. Słychać było też o wskrzeszeniu kasety magnetofonowej.

Wrażliwość na dźwięki czy kompozycje miałem od najmłodszych lat. Słuchałem takich twórców i utworów, o których rówieśnicy nie mieli pojęcia. Na początku słuchałem tego, co dało się zdobyć, przegrać, pożyczyć lub upolować utwór nagrywając z radia na kasety. Wpadałem w nagłe, krótkotrwałe uwielbienie dla jakiegoś brzmienia lub twórcy i gdy poszukiwałem uparcie tytułu lub wykonawcy w sklepach muzycznych, sprzedawcy często bezradnie rozkładali ręce i kiwali głową ze zdziwienia o co też może mi chodzić. Pewne rodzące się gusta muzyczne przebiegały dość chaotycznie: lata 80te, muzyka elektroniczna, pop lat 90tych. Fascynacja muzyką metalową i rockową, potem znów powrót do lat 80tych. Odkrycie piękna muzyki poważnej i indywidualnych artystów instrumentalno-wokalnych, niszowych. Epizod z rockiem gotyckim, jazz, melancholijny chillout, dark ambient czy muzyka filmowa, która jest jak doskonała przyprawa podkreślająca smak wybornego dania. Z tego całego miksu można by wymieniać tysiące tytułów i wykonawców.

Gdy wybieram się w podróż autem, podstawą jest dobrze dobrana muzyka w czasie jazdy. Inaczej nie potrafię cieszyć się w pełni przebywaniem w trasie. Wręcz czuję rodzaj dyskomfortu, irytacji, jakby czegoś brakowało. Generalnie jeżdżę przy brzmieniach dynamicznych popowo rockowych lub przy spokojnych balladach podkreślających piękno chwili. Pracując twórczo, słucham najczęściej kompozycji muzyki poważnej, instrumentalnej, jazzu lub dark ambientu. Do czytania książek z reguły potrzebuję ciszy ale jakaś opera, celtycki śpiew lub delikatny fortepian z saksofonem w tle wręcz dodatkowo uprzyjemnia lekturę. Ponieważ muzykę przeżywa się wewnętrznie, to gdy zapadam się w siebie, w refleksyjny stan totalnego zamyślenia, tworzą się abstrakcyjnie pomieszane zmysły. Dotyk obrazów, smak kolorów, zapach dźwięku. Wtedy towarzyszą mi brzmienia progresywne, soft jazz, chillout, alternatywa lub utwory z pogranicza orientalizmu i psychodelii.

Muzyka ma niesamowitą moc. Potrafi rozweselić, pobudzić, dać nadzieje, zasmucić, wzruszyć, przenieść w inny wymiar, np. w krainę wspomnień lub marzeń. Przywoła w pamięci zdarzenie, przeżycie lub osobę, pchnie do działania, wyzwoli genialną myśl. Muzyka może zmieniać system wartości przy ogromnym wpływie na podświadomość, bowiem często to czego słuchamy, określa to jacy jesteśmy.

Cały czas poszukując, co chwilę natykam się na kolejne perełki dźwiękowe, przyprawiające mnie o ekstazę słuchową. W zalewie rynsztokowej kakofonii należy umieć odnaleźć muzykę dobrą, coś wnoszącą, uwznioślającą. Jeśli słuchacz ma oporny umysł, to wystarczy mu prosty rytm dla mas w rodzaju przyśpiewki weselnej do tupania nóżką, niedotykający głębszych pokładów myślowych czy uczuciowych. Ktoś to trafnie określił: „Poziom muzyki nie zszedł na dno ale odbiorca zrównał się z dnem”.

„Muzyka jest stenografią uczuć”   L. Tołstoj

 

18 Mar 2018

Współczesna forma niewolnictwa

Karty historii wyraźnie pokazują, że gdyby praca była stworzona dla człowieka, to by się w niej nie męczył. Pewnego rodzaju narzucony kierat jakim jest niewolnicza praca na tzw. etacie, jest nam wpajana od najwcześniejszego dzieciństwa. Błędne koło, z którego prawie nie ma ucieczki wygląda tak: osoby będące rodzicami, wstają rano do roboty zostawiając swoje potomstwo w przedszkolu na kilka godzin dziennie, na czas wykonywania czynności zarobkowych, kiedy to małemu człowiekowi w tym wieku i w tej fazie rozwoju poznawczego najbardziej jest potrzebne obcowanie z najbliższymi. Już ma wpajane, że porządek dnia musi wyglądać tak a nie inaczej. Następnie przychodzi etap szkoły, w której panuje już namacalny, godzinowy model zachowania, tzn. przebywania poza domem od-do i zmuszania do odgórnie narzuconych norm zajęć i zachowań, układania rytmu pod wymogi systemu edukacji (o edukacji będzie w innym artykule). Kolejno, w zależności od rodzaju czy ilości szkół, nadchodzi moment, że czas iść do roboty i przy okazji rozmnożenia się, posyłać następną nieszczęsną istotę w to samo błędne koło.

Choć czasy się zmieniają i coraz częściej słychać o odchodzeniu z utartej ścieżki pracy, zacietrzewieni w swojej betonowej mentalności nie widzą innego sposobu egzystencji jak odbijać kartę na zakładzie lub w firmie od 7.00 do 15.00 przez kilkanaście lub kilkadziesiąt lat w celu pozyskania i tak z reguły marnych środków finansowych. Nie wiadomo czy to wynika z wpojonej ideologii dawnego systemu, czy ustroju „ludu pracującego miast i wsi”, ale nie dojrzy się nowych rzeczy nie zmieniając kierunku patrzenia.

Oczywistością jest, że są osoby, którym praca etatowa daje mnóstwo satysfakcji i nie przeszkadza im wykonywanie jakiejś czynności nawet po kilkanaście godzin dziennie, ale z reguły są to ludzie, dla których dane zajęcie jest pasją i spełnieniem z godnym wynagrodzeniem. Raczej jest to wąska grupa etatowców.

Generalnie większość nienawidzi tego co robi i coraz częściej zastanawia się, po co to w ogóle robi. Pojawia się myśl, że naprawdę nie warto poświęcać życia dla pracy. Bo kiedy cieszyć się życiem jak nie teraz, gdy jest się w pełni aktywnym, z energią wewnętrzną i pomysłami?

Była kiedyś anegdota o pewnym eksperymencie, jaki przeprowadził korpo-szczur, który przerzucając te swoje nic nieznaczące tabelki i raporty, wpadł na pomysł, by pewne dokumenty wypełnić największymi bzdurami jakie mu tylko przyjdą do głowy, np. przepis na ciasto i liczby oraz słowa, które kompletnie były nie na temat. Wynik był tego taki, że przez długi, długi czas, nikt się nie zorientował, co tam nawypisywał. Wniosek był taki, że pewne rzeczy są kompletnie bez znaczenia bo i tak nikt tego nie czyta. No ale plan w ilości papierów trzeba zrealizować, utrudnienia i wymysły trzeba tolerować jak w Sadockiej filozofii animacji: „Po co robić coś po prostu, skoro można robić to bardziej skomplikowanie?”

Pewne czynności, które i tak potem nie będą mieć żadnego znaczenia wykradają tylko czas. Nabijanie dupogodzin i bumelanctwo na pewnych stanowiskach (znaną rzeczą jest, że im wyższe stanowisko, tym większe nieróbstwo za duże pieniądze i zmęczenie własnym ściemnianiem), coraz większa pogoń za pieniędzmi, rywalizacja z innymi o stan materialny, wyścig szczurów, w którym na mecie zamiast sera będzie trutka. Wyzysk jak w feudalnym folwarku, kapryśne i wszechwładne szefostwo o autokratycznych zapędach zarządzania a pracownicy bierni i służalczy, zmęczeni, zdemotywowani, ale też coraz bardziej świadomi pewnych mechanizmów. Rozumiejące jednostki, które dostrzegają, że jednak da się wyciągnąć wtyczkę i przebudzić z tego Matrixa. Obecna ewolucja niewolnika polega na tym, że zamieniono łańcuch na szyi w bardziej subtelną formę, jaką jest smycz z identyfikatorem.

Rozmawiając z różnymi osobami, którym udało się to, że żyją po swojemu i spełniają się jako freelancerzy, słowo-etat wywoływało ciarki na plecach. Zdania są zgodne, że to wszystko co składa się na pozornie narzucony porządek w jakiś sposób niszczy osobowość, kreatywność, potencjał. Że tak właściwie tkwiąc w tym systemie konieczności, nic nie ma z tego życia, że to całe marnowanie czasu wysysa energię. To jest jakaś paranoja, żeby większość dnia poświęcać chodzeniu gdzieś do roboty niż realizacji samego siebie, nie mówiąc już o konsekwencjach związanych z zaniedbaniem tzw. work-life balance. Gdzie pasje i jednocześnie zarobkowanie na tym? Gdzie w pełni odpoczynek zgodnie z ze swoim zegarem biologicznym? Kiedy ostatni raz, ktoś z nas cieszył się pięknem zachodzącego słońca? Ile razy słyszy się: nie pasuje mi bo do roboty. Kto, idąc ulicą spojrzał ostatnio w górę i dostrzegł np. jakiś ciekawy fragment architektury a nie tylko patrzył w dół lub przed siebie z linią horyzontu? Kto ostatnio zwyczajnie leżał na kanapie, relaksując się muzyką i patrząc w sufit obmyślał najróżniejsze teorie? Kto w ciszy i spokoju przeczytał jednym tchem książkę do rana bez ograniczeń czasowych?

Dzień za dniem, przybici, przygnębieni, spieszący się dokądś, dokąd wcale nie chcą iść, jadących tramwajem w milczeniu, ze snem na oczach, gapiących się wiecznie w swoje „czarne lustra”, pogrążonych w wegetacji. Jak śpiewał Bogdan Smoleń; „…i kleją się oczy, i żal jest tej nocy, i świata co miał być wspaniały…”

Dążę do wolności, chcę tworzyć coś dla innych i żyć w zgodzie ze sobą w poczuciu absolutnego spełnienia. Osiągnę to wtedy, gdy zapewnienie bytu finansowego przestanie być podstawowym zadaniem codziennej aktywności. Nie wiem czy nastąpi to za kilka miesięcy czy za kilka lat, ale z całych sił będę się starał, żeby tak się stało.

„Nie czuję potwierdzenia swojej wartości o dobra materialne. Można żyć skromnie ale po swojemu i być szczęśliwym”.

 

03 Lut 2018

Surrealistyczne słowa pozbawione formy i treści

Mgła, zawieszenie w chmurach, niesamowitość chwili. Spełnienie, kontemplacja ciszy. Śnić snem bezsennym, uzyskać lot i wolność w iluzoryczności zdarzeń. Sprzeczność w pojęciu bytu i losu.

Krople czasu w odmęcie zapomnienia i myśli spadające jak popiół z urny zamyślenia. Sinusoidalny rytm serca. Szelest się snuje, a rzecz nie jest tym czym się wydaje. Cierpliwy i cierpiący jak wahadło czasu. Wędrówka po głazach cienia w bezkres.

Wiszące truchła marzeń na drodze pustej i jałowej. Węglowe światło księżyca odbijające się w bagnie i nieskończoność niepewności. Gniotąca lekkość pozoru po drugiej stronie oczu.

Nieruchomość prawie doskonała, byle jej nie rozsypać dotykiem, byle jej nie spłoszyć cichą melodią milczenia.

Będąc fikcją w gąszczu rzeczywistości, zamykam się w trwaniu niedostrzeżonym, bez wiedzy, blasku, czy istnienia, na wąskiej krawędzi tworzenia.

Wtulam się czasem w puste dni upojony sprawami, którym się oddałem i one wydają mnie teraz bogatsze  o mnie, gdy deszcz pada wewnątrz. Zdaję sobie sprawę, że nie wykraczam poza „tu i teraz”…

 

„Bogaci ludzie mają bibliotekę. Ubodzy ludzie mają telewizor w każdym pomieszczeniu.”

 

 

18 Gru 2017

Refleksja grudniowa

Żeby świętować, trzeba mieć co świętować. Grudzień: czas obserwacji sfrustrowanych tzw. tradycjonalistów. Kiczowaty nastrój, wszech wylewająca się zewsząd tandeta. Przyprawiające o mdłości, w kółko te same, nieśmiertelne utwory w radio, tłuczone w rytmie fabrycznego młota, do znudzenia, ociekające lukrowatą komerchą. Biedne, smutne drzewka, oblepione bezgustownym kolorem jak neon reklamowy. Ludzie wydający mnóstwo pieniędzy, w najgorszym wypadku nawet biorący kredyty, na coś, co tak naprawdę nie ma sensu. No ale presja społeczna jest: kultywować przecież  trzeba. Potem żal i lament, że nie ma na opłaty, na bieżące podstawowe potrzeby, no ale nie wypada bo inni też, to „ja” też, bo co ludzie powiedzą. Niepotrzebne wydatki, nietrafione upominki z musu, rzucone gdzieś w kąt, lub co najgorsze: nadmiar zmarnowanego jedzenia. Po prostu cudownie jest, a jak?

Negatywny stosunek do tych całych rytualików rozwija się z wiekiem przez obserwacje i wnioskowanie. Wiele ludzi ma do tego podejście ambiwalentne, ale na dłuższą metę, to już jest tylko dla tzw. „świętego spokoju”, na zasadzie: trzeba odpierdzielić i spokój. W imię czego, kogo? Siebie? Jak człowiek się do czegoś zmusza, to nie może być szczęśliwy.

Jest wspaniale: przepocone, otyłe gospodynie domowe, z bezrefleksyjnymi twarzami, jak automaty. Skupione, bez wyrazu, z tzw. „trwałą” na głowie, w fartuszkach kuchennych w ciapki, martwiące się o to, czy niczego do jadła nie zabraknie. Kątem oka, podczas kuchennych zmagań, śledzą na bieżąco co się dzieje w tv serialach. Taniec z mopem przez całe mieszkanie, czyszczenie co tylko można wyczyścić, jak po jakiejś katastrofie do stanu sterylnego, tak jakby nigdy w nim niesprzątane było. Powstaje nagle więcej czystych okien, niż czystych serc…

Cudowny wieczór: Nie idzie znieść tego pseudo rodzinnego zadęcia. Powtarzalnych gestów, powtarzalnych słów. Rok w rok nawet te same zdania wypowiadane w tej samej intonacji. Tego udawania w zazwyczaj świeckich domach. Przyklejonego na siłę uśmiechu, na woskowej twarzy. Plastikowa radość ze smutkiem w oczach, w milczeniu, całujących się na pożegnanie, jak na dworcu przed odjazdem. W myślach to samo, tylko ukryte: „dziś ci odpuszczę bo wypada, ale i tak ci potem do…le jak zawsze”. No i teraz oczywiście cały rok się nie jadło. Hieny mają większą kulturę. Czas się opychać ile wlezie, na maxa, do oporu. Przecież to jest to samo jedzenie, które można sobie przygotować w dowolnym czasie i chwili. Tylko w dany czas musi występować w znacznie skumulowanej ilości? Zaburzenia gastryczne na własne życzenie, przepełnione izby przyjęć w szpitalach itp. Trzeba rewelacyjnie udawać to upiorne hospicjum bliskości. Szwagier czy inny gad tego typu, zmęczony życiem, w przepoconym, białym podkoszulku prześwitującym spod koszuli, w beznadziejnym krawacie i niedopasowanym garniturze, zadający te same tendencyjne pytania, roztaczając w okół siebie wyziew rybno-wódkowy. Dzieciary wrzeszczące obok. Rewelacja nagłego zalewu uczuć, jakby tylko raz w roku trzeba by było je okazywać… Cały czas trzeba okazywać.

Należy się współczucie tym, którzy coś MUSZĄ a zwyczajnie nie maja ochoty. Męczą się i przeżywają gehennę. Czasami zwyczajnie trzeba dać sobie spokój. Świat się nie zawali. Ta cała landrynkowa atmosfera doprowadza do furii z tą powtarzalnością gestów i słów. Byle to odpierdzielić, nażreć się i sp…ać. Przerwać udręczenie.

Nie potrzeba to tego tytułu przed nazwiskiem ani pisania elaboratów, żeby zrozumieć, że są ludzie, którzy zwyczajnie chcą te dni spędzić sami jak najzwyklejszy weekend. Mieć w końcu czas tylko dla siebie, przy nastrojowym świetle, obejrzeć dobry film, poczytać książkę, odbezpieczyć butelczynę dobrego wina. Rozkoszować się ciszą, upajać chwilą.

Opisane kwestie mają także swoją drugą stronę: Czasem wręcz z milczącą rozkoszą, a jakże wzniosłą satysfakcją, można popatrzeć  na twarze zaciśnięte w bólu, umęczone sytuacją utracjuszy 🙂

„Nadszedł czas sztucznej miłości, fałszywych uśmiechów, fałszywych życzeń, nadużywania słowa: wzajemnie. Zakłamania, obżarstwa i tracenia zdrowia fizycznego oraz psychicznego, chciwości i wyprzedzania się w zasługach. Mając w sobie sztuczną dobroć z terminem ważności na kilka dni, bo coś wypada”

Nie. Dziękuję.

 

 

16 Lis 2017

Ten Kot

Powiedzieć o tym kocie, że jest puszysty, o srebrnej sierści i miły w usposobieniu lub dotyku, to jak nic nie powiedzieć o tym kocie. Kotu trzeba się przyjrzeć, kota trzeba zrozumieć.

Bo ten Kot: Kot jest bezczelny. Kot zajmuje w łóżku pierwsze miejsce. Kot się rozpycha łapami jak mu niewygodnie. Kot liże twarz. Kot zaczepia łapką. Kot się domaga głaskania. Kot wrzeszczy jak mu się szafkę ze smakołykami blokuje. Kot biega po chacie. Kot ciągle czegoś chce i domaga się uwagi. Kot rządzi chatą. Kot jest w danym momencie niepotrzebny a mimo to się narzuca. Kotu na kolanach najlepiej. Kot się wyśpi jak się pościeli. Kot ma fochy. Kot nawiązuje wieź telepatyczną ze ścianą. „Nie pytajcie co wasz kot może zrobić dla was, zapytajcie co możecie zrobić dla kota”. Jak kotu dogodzić?”. „Kto rano wstaje, ten kotu jeść daje”. „Nie wywołuje się kota z toalety”. „Wszystkie drogi prowadza do żarcia”.

Zawsze można zapytać człowieka co sądzi o kocie, natomiast zapytać kota, co sądzi o człowieku, to aż strach się bać kociej odpowiedzi 😉

01 Lis 2017

Myśl listopadowa

Nie ma czystszego źródła melancholii, niż zwiedzanie cmentarzy jesienną porą. Listopad, chłodno ale nie zimno. Nekropolie – miejsca, gdzie milknie żywa pamięć na zawsze, która była tworem tych, co odeszli. Ostatnią ich siedzibą jest grób. Same pomniki, tysiące marmurowych płyt, nieznane nazwiska, daty – średnie statystyczne. Ciała w drewnianych pudłach przysypane tonami ziemi lub puszki ze zmielonym, zwęglonym prochem po kremacji. Nieszczęsne, puste skorupy sino – woskowe, zgniłe tkanki lub kości w strzępach ubrań, robaki lgnące się w tych resztkach. Śmierć – stan absolutny niebytu.

Na każdego przyjdzie godzina, czas odejścia. Dla nikogo nie ma, nie było, nie będzie litości. Czas pożegnań tych, których kochamy. Wszystko umiera i to poczucie często wtrąca w rozpacz najciemniejszą. Wszystko zmienia się w nicość, rozpad bo nic nie powstrzyma śmierci. Gaśnie człowiek, jego słońce, jego księżyc, jego gwiazdy i na zawsze milknie w ciemności. Wieczny sen, z którego już się nie obudzi.

Cmentarny klimat i cisza prowokuje do kontemplacji, stan zamierania i pogrążenia w refleksji. Budząc się z zamyślenia, można stwierdzić: Ty, który tu jesteś pochowany, może nie dokonałeś niczego wielkiego ale na pewno nie zasługujesz na zapomnienie. Myśl nasuwa się jedna: Nie dziękuje się pomnikowi, nie dziękuje się ciału. Dziękuje się tylko wspomnieniom.

„Dlaczego żył, nie wiadomo, nie wiadomo też, dlaczego umarł.”

21 Wrz 2017

Podróże

Czasami trudno jest zrozumieć ludzi, nie mających w sobie chęci odkrywania świata. Tym bardziej takich, którym możliwości i środki na to pozwalają. Choć teraz świat jest coraz bardziej na wyciągnięcie ręki, nie korzystają z tego. Wolą siedzieć w jednym miejscu, zbierać w sobie trucizny i stęchlizny, które potem bardzo trudno z siebie usunąć. Typ człowieka, który przez pół życia nie wyściubił nosa poza swoją najbliższą okolicę i nagle zachłystuje się najbanalniejszą wycieczką np. do sąsiedniego miasta lub odkrywa to, że jednak istnieje coś więcej niż horyzont widziany z progu domu, jest typem bardzo „ciężkostrawnym” w relacji z człowiekiem choć trochę podróżującym.

Często też proza życia, ciągły zgubny pośpiech, powodują brak inicjatywy do przeżyć, ciekawości czegoś więcej, odmiany, doświadczenia nowego. A brak przeżyć stępia wrażliwość, zaburza wewnętrznie.

Podróż sama w sobie już staje się celem. Odkrywanie, poczucie czasu i przestrzeni. Wyzwolenie gdy droga staje się jakby domem. Zawieszenie między tu i tam, powiew wolności. Osiągnięcie specyficznego stanu zachwytu wędrówką. Wiatr we włosach, inny zapach powietrza, bezkres horyzontu czy przepiękna architektura, atmosfera miejsca, piękno chwili, nieprzebrana ilość wyszukanych potraw. To wszystko sprawia, że podróż jest bardziej doświadczeniem niż oglądaniem. To posiłek dla intelektu.

Będąc tylko w jednym miejscu, to jak przestać żyć. Oddycha się jedynie melancholią. Przeżycia przestrzeni sprawiają, że jest się już zupełnie innym człowiekiem. Samo takie odczucie, takie zwątpienie to znak, że czas pomyśleć o drodze.

„To, co wywarło pierwsze wrażenie, wydaje się w pewnym sensie niezniszczalne.”   Montesquieu

 

 

© 2019 Adam Kucz. Wszystkie prawa zastrzeżone.